środa, 12 grudnia 2012

1:0 dla ciebie


Stawiała szybkie, ale uważne kroki. Wyciągnęła z torby żółtą pelerynę, którą ktoś jej kiedyś podarował w razie nagłego deszczu. Pewnie w takim razie musiało padać, w sumie to nie chciałam o tym pisać, ale wyciąganie peleryny bez informacji o deszczu może uchodzić za pewną niespójność. No więc dobra, padało. Ona uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie tej sytuacji podarowania peleryny i gdybyś akurat mijał ją wtedy przypadkiem, co jednak było nijak niemożliwe, ujrzałbyś kwintesencję samozadowolenia.

Zaczekaj! - on chciał krzyknąć chwilę wcześniej, zaczekaj!, ale wykrzyknik ugrzązł mu gdzieś w gardle, wszystko mu jakoś gdzieś ugrzęzło i zamiast tego wydał z siebie piskliwy monoftong. Jej już nie było. Słyszał jeszcze jakby stukot jej obcasów i szyderczy śmiech, ale jej już nie było. Na pewno jej nie było.

Chociaż bardzo nie chciała, przyśnił jej się dziś. Dzwonił późnonocną porą. Wymienili parę grzecznościowych zwrotów, a on zapytał się, czy może być białe. Nie wiedziała do końca, o co mu chodzi, ale wystarczyło jej to, że zakładała, że on wiedział. Wypili na Plantach z kieliszków, które wyniósł z "Pijalni wódki i piwa" na Tomasza. 
Nie było zakończenia. Zadzwonił telefon.

Wtedy nie zaśmiała się wcale szyderczo. Po prostu dotarło do niej, że jest mistrzynią obciachu i ta myśl wydała jej się wtedy tak zabawną, że nie mogła się powstrzymać od donośnego rechotu. Cokolwiek planowała powiedzieć - mówiła dokładnie to, co w danej chwili pomyślała, a niekoniecznie było to zgodne z prawdą. Albo co najmniej ogólnie przyjętymi normami dobrego smaku. Cokolwiek robiła - nie miało to wiele wspólnego z dystynkcją i polotem i daleko temu było od tak zwanej klasy. No jakoś tak ostatnio wychodziło.

Wyciągnął papierosa. Ostatni. Zaciągnął się w taki sposób, jakby to był pierwszy papieros w jego życiu. Wcale nie miał na niego ochoty. Czuł się totalnie wyjałowiony i bezgranicznie głupi. Czuł, jakby palił siano. Wszedł w jakąś wąską, ciemną uliczkę, a potem skręcił w Tomasza. Usiadł przy barze. Najgorsze dla niego w tym wszystkim dla niego było to, że ta historia wciąż nie miała zakończenia. Nie że happy endu. Zakończenia.

sobota, 17 grudnia 2011

samba przed rozstaniem

"bezlitosna, płowa pustka
mam spękane suche usta"

Odliczamy. Pół grama dla ciebie, pół dla mnie, pół dla niego, pół na potem. Nad ranem toczymy mity utytłanych wyobrażeń, z których tylko śmiech i lament. Odprowadzasz mnie pod drzwi kamienicy. Dlaczego zawsze mieszkasz na ulicach obleczonych nazwiskami wieszczów..?
6. rano łączy w sobie i czas rodzenia i czas umierania. Po ulicach zataczające się mary nieco wczorajszego smaku i gustu wirujące w tangu ze świeżo wykąpanymi postaciami w garniturach z teczkami w rękach. Zaraz pewnie z tej czerni obudzi się biel. W ten sam sposób tłumaczę sobie swoją aparycję. W dzieciństwie kazałam mamie pokazywać plastikowe bransoletki ze szpitala. Dzisiaj jestem chyba jednak trochę bardziej ufna.

"płonę, płonę, płonę, płonę zimnym ogniem czarnych słońc"

Lubię ten czas. Najchętniej ze strony tych czarnych krawatów, by z pogardą móc mijać całą tę resztę. Ale wiesz, w dzień taki jak ten, to raczej te wymuskane panie przyprawiają mnie o mdłości. Zresztą, nie tylko one.
O jak dobrze, że nie ogoliłam nóg.

sobota, 13 sierpnia 2011

ty niczego nie musisz się bać

http://www.youtube.com/watch?v=ZuLiT546lFo&feature=related
I don't mint if you get to the top
I don't mint if you give me the light on


Wczoraj wieczorem kładłam się do łóżka dosyć późno i niezbyt spokojnie - jak codziennie w tym tygodniu. Nie marzyłam o niczym innym, tylko o tym, żeby zasnąć w mgnieniu oka. Zmęczenie zwalało mnie z nóg, przyspieszone tętno złośliwie kazało krwi przepływać szybciej, a myśli przeskakiwały między bladoróżowymi totemami tego, co ma mnie dotyczyć, a ja za bardzo nie potrafię się na razie do tego przystosować.

Co ja w ogóle dzisiaj robiłam? Nie lubię takich dni, kiedy nie potrafię płynnej rzeczywistości poukładać w zwartych klockach wydarzeń. A tych dni coraz więcej. Przypominam sobie, że wstałam jakoś bardzo wcześnie rano i z przerażeniem spojrzałam na zegarek. Potem pamiętam rozmowy i twarze, taksówkę, znowu rozmowy, komputer, jogurt z chrupkami, spotkanie DG... Po osiągnięciu względnego spokoju, że to nie Alzheimer, a jedynie skrajne wyczerpanie, udaje mi się zmrużyć oczy. Nie na długo, bo z półsnu wyrywa mnie przypomnienie telefonu o nocnej audycji, której bardzo chciałam posłuchać. Energicznie wstaję z łóżka i zataczam się w stronę wieży. Czy to już pracoholizm? Robię sobie kawę ("chcesz dobrą czy mocną?") i podtrzymując głowę ręką siadam przy komputerze. Dzwoni telefon. Cholera, jest druga w nocy...

- Słuchaj, poważny karambol na Murckowskiej, dałabyś radę zajechać?
- Kolejna misja?
- Nie, tym razem nie - płacą podwójnie za nockę.
- Nawet z tym średnio opłacalny biznes. Ile ofiar?
- Na razie trzy i dziesięciu rannych.
- To ja będę następna. Dobra, jadę.

Czas start. Ubranie się zajęło mi 36 sekund, spakowanie koło minuty. Z makijażu zrezygnowałam, co dało mi dodatkowe 5 minut czasu operacyjnego. Całkiem szybko się to przydało - na ulicę wyszłam w kapciach. Pamiętałam nawet o audycji, ustawiając 102,2 fm w aucie. A nie, nawet nie - to już domyślne ustawienia. Puste drogi,
przejechane zwierzęta. Przez chwilę wydawało mi się, że na poboczu leży postać szczura z Ratatuj ludzkich rozmiarów, a jakieś pół kilometra dalej na drzewie powiesiła się Myszki Miki. Droga zaczęła mi się dłużyć niemiłosiernie i miałam już pewne podejrzenia, że to nie "ta" droga. O, jest i karambol. Niesamowite, jestem nawet przed policją. Totalny chaos. Nie ma nawet czasu na nagranie, bo trzeba wyjmować zakleszczone osoby z samochodów i przenosić je na pobocze. Ludzie mają zmasakrowane twarze i poucinane palce. Niektórzy nogi. Rozmawiam z paroma osobami, tamując im krwotok. Po przyjeździe kolejnych karetek sytuacja zaczyna się uspokajać, więc odsuwam się od tłumu, żeby przesłuchać zebranych materiałów. A w nagraniach tylko jeden plik, trwający minutę i 6 sekund. Wciskam "play". W słuchawkach słyszę zapętlone "umieram" z efektem dźwiękowym echa. Strasznie mi słabo. Słyszę nagle głośny klakson i widzę przerażająco białe światła. A potem wszystko jest już białe.
Z tej nieskazitelnej bieli wyrywa mnie Kalina Jędrusik ze swoim "Nie budźcie mnie", ustawiona na dźwięk budzika.

I znowu boję się swoich snów.

poniedziałek, 11 lipca 2011

konstruktor spalonych mostów

zamknęłam
cię w rutynie

klucz błądzi
między przełykiem Jedni
a okrężnicą

pewni zginie
w ferworze cudów
i bredni

samotny
ostatni jedyny
konstruktor spalonych mostów
wymusi karoshi

z nudów

wtorek, 5 kwietnia 2011

but I pray for you

Pamiętam, że trzymałam się kurczowo rury w tym podmiejskim autobusie. Nie miały znaczenia te pola za oknem, a mój ciężki plecak chyba na chwilę przestał istnieć.

Czułam się zawstydzona tym twoim spojrzeniem i bałam się podnieść głowę, bojąc się chyba, że znowu mogę je spotkać. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że za parę lat będę na kolanach, że za parę lat na kolanach, że za parę lat, że na kolanach, że za parę lat będę na kolanach modlić się o to, żebyś popatrzył na mnie tak, jak wtedy. Ale wtedy istniało jako teraz.

Więc mam te swoje niespełna 18 lat, pierwszy raz w życiu zadbane paznokcie, obejrzałam wciąż za mało filmów i poznałam wciąż za mało mądrych ludzi.
I nie potrafię nic powiedzieć.
Tylko od czasu do czasu podnoszę wzrok do góry, aby jak najszybciej przenieść go z powrotem na różowe paznokcie, rażona tą niebezpieczną dla oczu grą.


Teraz już niestety niewiele rzeczy jest mnie w stanie szczególnie zawstydzić. Nauczyłam się odpozorowywać uczucia i myć głowę w lodowatej wodzie, nie spać przez dwie noce albo spać dwa dni ciągiem, a ciężką torbę nauczyłam lewitacji. Nauczyłam się rozmawiać z mądrymi o mądrych rzeczach. Zdecydowanie jednak wolę wieczorny dresik z paroma butelkami wina i filmem o końcu świata. Nie kontroluję słów ani snów – moich ani niczyich innych. I cieszę się, że spotkałam cię wtedy, a nie teraz. Dzięki temu czasem się modlę.

piątek, 28 stycznia 2011

half life

Nie pukam.

Ona półleży na środku pokoju, nogi wyprostowane, wsparta na łokciach, masturbuje się słowami. Czuję się, jakbym znalazła się nagle w przedwieczornym lesie podczas burzy. I znowu słyszę, że

on, on, on, on…


Są przyjemności, które bolą – mówi po chwili. Nic nie odpowiadam, podchodzę do lustra z zamiarem zrobienia czegoś ze swoim życiem. Muszę wyjść za 3 i pół minuty, a moja twarz przypomina wzgórza Ojos del Salado zaraz po erupcji. Włosy od 3 dni nie widziały grzebienia, a paznokcie po porannym myciu garnków straciły swój różowy urok.

Ojos del Salado jest obecnie nieczynny
– mówi znów ona, patrzy się na mnie z ukosa i zgina nogi w kolanach. Odkładam maskarę i siadam na krześle.

Czuję się tak, jakby wszystko, co robię, było tylko i wyłącznie zapełnieniem czasu. Planuję każdą godzinę, żeby broń Boże nie wyjść poza mój schemat, ten idealizm do cna i żeby położyć się przed 24. To wegetacja, próżna i płocha. I żyję tak obok siebie i czekam na coś, co może nigdy nie przyjść.

Po co to robisz? – pytam. Czuję swąd skrzenia na synapsach.

Żeby… Żeby, tylko się nie śmiej, to głupie, ale prawdziwe, żeby… jeśli on się nagle pojawi, nie zastać go z dołami pod oczami i z nieogolonymi nogami, bez planu na przyszłość i bez grosza w kieszeni. Żeby on mógł być tylko elementem, ozdobą do mojego życia, a nie jakąś tam ważną częścią. Żeby widział mnie uśmiechniętą i samodzielną i żeby…

Nie zaplanujesz sobie życia – mówię bez przekonania. Patrzę na zegarek. 5 minut temu miałam już wyjść. Uśmiecham się do siebie. Nie zaplanujesz sobie życia – mówię po prostu, nie chcąc już dzisiaj nic wartościować.

W odtwarzaczu ustawiam Half Life Imogen Heap i wychodzę. Z twarzą śmierci i z paznokciami grabarza. Z dołami pod oczami i nieogolonymi nogami, bez planu na przyszłość i bez grosza w kieszeni.

środa, 12 stycznia 2011

flegeton

płynę przez ścieki zieloną gondolą. kokytos? lete? acheron? jakie zresztą to ma znaczenie, kiedy wszystkie prowadzą do tego samego miejsca? może tam będzie ciepło. szczekający kundel. pod językiem uwierają mi obgryzione paznokcie. zimno. chyba jestem naga. i te siniaki na udach i podbrzuszu, niech się skończy ta droga. elektryzuję włosy, żeby być trochę wyższa, może wtedy płynie się szybciej?
do katowic 29 kilometrów. nie potrafię być gorsza, niż jestem.
w mieszkaniu nowe twarze, a chłopcy wchodzą do pokoju pooglądać moje "ładne koleżanki". czuję się jak w zoo.

życie mi się znudziło - powiedziałam wcześniej, a to wcześniej utknęło mi w gardle. czas stracił swoje jednostki. zapomniałam wrócić do domu, naładować telefon, zjeść śniadanie. tylko ty rozumiesz to życie, które się znudziło. tę sztandarową sentencję, wypowiadaną zawsze w okolicznościach natłoku obowiązków. reszta patrzy z niedowierzaniem i prycha, a piramida stoi na czubku, jak stała od paru tysięcy lat. dlaczego nie chcesz tego zobaczyć?

realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

za dużo pytań. próbuję rozwiązać proporcję z 4ma niewiadomymi. układam równania, wyciągam średnią, pierwiastkuję.

wychodzisz? jeśli idziesz do sklepu, kup mi mleko. 3,2%. to takie z etykietą "smak gratis".
chociaż mówiłeś jeszcze dzisiaj, że w życiu nie ma nic za darmo.

sobota, 11 grudnia 2010

dwa i pół słoika śledzi

Wszyscy odchodzimy z tego świata zbyt wcześnie
José Saramago

Podłoga pełni rolę szafy, łacina na krześle, rozum na suficie. W pokoju obok krzyki i głośna muzyka. Czuję kakofonię między moją sterylną ciszą, a tamtą radosną przestrzenią. Czuję kokę i kofeinę. Kreski nie układają się w żadne obrazy. W uszach gra mi wspomnienie ambientu i IDM. Ech, Jon.

Ej, wiesz co? Za parę lat oni będą zarabiali grube tysiące, a my ledwo wiążąc koniec z końcem, będziemy z łezką w oku wspominały nasze piątkowe wieczory nad angielskim w biznesie, Dominikiem Merlinim i łacińskimi przysłowiami.

Lethal injection.
To tylko chlorek potasu – mówisz, a do mnie niewiele niewiele dociera, tylko jestem coraz dalsza, coraz chudsza i coraz bardziej śpiąca. Dawki są tak małe, że niby tego nie odczuwam, ale regularnie wstrzykiwane spłycają oddech. Przesyt. Na głowę zwala mi się sufit. Nie mogę poradzić sobie z odpowiedzialnością za siebie, a co dopiero za kogokolwiek innego. Dobrze wiesz, że to nie tak, nie teraz i nie tutaj. Nawet, gdybyśmy mieszkali pod jednym dachem, byłabym zbyt daleko. Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztuje. Bardzo chciałabym przytyć.

Chodź na piwo.


Dość, mówię. I to „dość” cholernie boli, ten chlorek potasu i ten przesyt. Nie jestem i nigdy nie byłam lekarstwem na problemy i nieułożone myśli. Nie widzisz, że sama się gubię? Gubię przystanki i rękawiczki, popielniczki i samoloty z gazet, zapominam hasła na swoje konto, budzę się 3 godziny po odjeździe autobusu, wycieram łzy papierem toaletowym, mam harmider w szafie na podłodze, nie chcę zmywać garnków ani mówić głośno, mam różową piżamę i tak krótkie włosy, żebyś mógł ich nie lubić. Dość już tego umierania, myślę. A myśli związane w supły wiszą jak baloniki z helem nad zwalonym sufitem.

gówno warta
żałoba po tej mnie
która już umarła


Więc za czym tak tęsknisz?

poniedziałek, 15 listopada 2010

impresje / jesień tę przetrwać

http://nateczkaa.wrzuta.pl/audio/54ZeQUPQOfc/edyta_gorniak_-_nie_prosze_o_wiecej

ta pani w 870 zajmuje trochę więcej, niż jedno miejsce. siedzę na przeciwko i nie potrafię oderwać od niej wzroku. ten blond, ten brąz, ten skórzany płaszcz. przychodzi mi na myśl skrzyżowanie pekińczyka, kury nioski i pudla. jest tak krótka, że nie dotyka stopami podłogi.
kiedy miałam kilka lat, z rozkoszą uczestniczyłam w spotkaniach mamy z jej przyjaciółmi. pamiętam, jak z zainteresowaniem obserwowałam ich ogromne dłonie i nogi aż do ziemi. zastanawiałam się, jak to jest dotykać stopami podłogi. a teraz ta kwoka o twarzy kundla.
ciekawe, jak to jest nie dotykać stopami podłogi?

największa siła kryje się w zrozumieniu własnych słabości.

na rynku jest ciepło i wietrznie, rozgoryczenie nieba i dzikie tłumy zwiastują szybkie nadejście końca świata. słońce zachodzi za tą kamienicą, wiesz, tam gdzie deutsche bank i goethe institut. pamiętasz, chcieliśmy tam chodzić na niemiecki, ale w końcu nie, bo nie mie cki, bo nie i już. każdy krok zbliża nas do końca świata.

verba foliis leviora caducis.


to naturalne, że wciskasz swój ryj we wszystko, co od jakiegoś czasu było już tylko i wyłącznie moje. nie jestem zła, po prostu tutaj jest wszystko jakby inne, a ja nie do końca chcę pasować do tego tutaj.

uparcie wierzę, że w rozczulającym spojrzeniu świni kryje się jakaś głębia. i nie wiem jeszcze, że ona po prostu chce żreć.

coraz krótszy wstaje dzień
świat składa głowę do snu
i nic nie zatrzyma już jesieni

środa, 6 października 2010

kraków płonie

To pewnie któreś z praw Murphy’ego, że dym z ogniska kieruje się zawsze w twoją stronę. Palenie jesiennych liści uspokaja. Spróbuj też kiedyś. Możesz nawet wpaść przy okazji do mnie, liści tu pod dostatkiem. Zresztą nie tylko. Stare notatki, niepotrzebne listy, brudnopisy, sny chowane po szufladach - tlą się specyficznym, zielonym płomieniem. I pachną goździkami i dziką różą.

Czas oprzytomnienia ma również swoje złe strony. Wczorajsze wzorce okazują się być rybimi ościami w omszałej puszce na śmietniku, przodownicy pracy kręcą się wokół własnej osi w pomieszczeniu pełnym luster, a wielkie ideały znowu sięgają bruku. I okazują się wcale nie być tak nieosiągalne, jak wydawało się jeszcze tak niedawno. I to do tego w taki sposób, że tylko głupcy chcą po nie sięgać. Tylko po co.
A mnie się to, mnie to się nie podoba.

- Co cię tak gna po świecie?
- To wszystko przez ten dym. W pewnym momencie, kiedy osiądziesz gdzieś na dłużej, zaczyna ci ciążyć. Sam zapominasz skąd ten smród siarki i łzawiące oczy. Zamiast wycierać nos rękawem, powiedz lepiej "do widzenia".
- Cholerna homo viator.
- Nie. Ja szukam przestrzeni. Bo podobno są przestrzenie między nami. Po prostu uczę się i uczę ciebie je zauważać. Jeśli nie zauważysz – przegrałeś. A ja i tak pójdę dalej, bo nie lubię ludzi, którzy każą stać w miejscu. Znałam paru takich.


Kiedy wyjeżdżałam tym żółtym autem przewozowym na A-czwórkę, odwróciłam się od niechcenia. Nie wiedziałam do tej pory, że nawet dobre wspomnienia mogą boleć. Cały Kraków płonął zimnym ogniem.

poniedziałek, 6 września 2010

when i get over you

Opowiadamy historie. Historii możliwych do opowiedzenia jest nieskończenie wiele. Każda z tych historii posiada swój początek i swój koniec.

http://www.youtube.com/watch?v=uS3G7HzDjmY

Minęłam cię ostatnio biegiem na ulicy. Nie przeszłam na drugą stronę, nie opuściłam wzroku, wyprostowałam się tylko, podniosłam głowę do góry i uśmiechnęłam się do siebie. To było najdłuższe 10 sekund mojego życia. I jedna z najlepszych chwil satysfakcji, jaką mogłam sobie tylko wyobrazić. W końcu ziściło się to, o czym marzyłam od tak długiego czasu, w końcu już jestem pewna, w końcu tak prawdziwie wolna od sentymentalnych obrazów. Teraz już nie pod nosem, ale całą sobą śpiewam:

you won’t recognize me when I get over you

Nie płacz więc już więcej. Nie używaj dumnych słów. Nie użalaj się nad sobą i nie czekaj uparcie na świt. Nie oglądaj się na mnie i nie oglądaj moich zdjęć ani zdjęć, które robię. Nie czytaj starych mejli. Nie słuchaj mojej muzyki. Nie dzwoń z życzeniami dobrego życia. I znaj mnie tylko i wyłącznie taką, jaką miałam okazję być wtedy.

A dla siebie znajdź jakąś trudniejszą drogę, cierpienie jest za wygodne i zbyt konformistyczne, jak na chłopca z ambicjami.

I pokaż, chociaż już nie mnie, że Twoje życie może być czymś więcej, niż podłym rozczarowaniem.

Zdarzają się jednak historie bez początku i bez końca. Takie historie nie chcą być historiami właśnie, bo ani się zacząć nie chcą, ani skończyć, ani, co gorsza… dziać.

czwartek, 2 września 2010

anything more

Świt przynosi jedynie spuchnięte powieki. Nie ma cię, wyszedłeś dawno przed świtem. Przecież widziałam i wiem, ale sama przed sobą udaję głupie zdziwienie. Zdziwienie nie może być głupie, myślę sobie, jedynie fałszywe, a fałsz nie jest głupotą. Umiejętny fałsz nie jest głupotą. Więc umiejętnie fałszuję oczywistość i udaję zdziwienie.

Dlaczego kłamiesz?
– spytałeś wczoraj wieczorem.

Nie kłamię. Omijam fakty, o których nie muszę mówić. Omijam to, czego nie zrozumiesz, a cała ta reszta, to do bólu szczerząca brudne kły brudna prawda. A wszystko poza tym, te insynuacje, splądrowane informacje, te międzywersy, imaginacje i zrostki – to już dzieło twojej populistycznej wyobraźni.

Gubię się w słowach. Myślę więcej, niż powinnam. Gubię się w uczuciach. Udaję, że cokolwiek czuję. Wtulam nos w twoją bluzę. Ale to znaczy tyle, co lubiętenzapach,bodopraniadodałeśpłynudopłukaniatkaninzFM. Uśmiecham się do ciebie, ale mogłabym się uśmiechnąć do każdej innej osoby na ziemi, bo w tym momencie mam na to ochotę. A ciebie to… to nawet polubić nie potrafię. Jesteś przystankiem na żądanie, biletem na okaziciela, legitymacją dziennikarską, płatkami na Boże Ciało, przejściem dla vipów, głową od parady i urwaniem głowy.

Niczym więcej? – pytasz.
Niczym mniej.

Świt przynosi jedynie spuchnięte powieki. A i to też nie cała prawda.

czwartek, 26 sierpnia 2010

najlepsza zabawa

ten sierpień nie ma imion. noce są cięższe od twojego oddechu, a gwiazdy nie spadają z nieba. więc nie trzeba wymawiać marzeń, bo z założenia nie mają szans spełnienia. oczywiście, jeśli nie widzisz gwiazd.
ta noc jest jak odległość między nastrojem a echem.

skoro marzenia i tak się nie spełnią, to można o nich mówić. więc dzwonię do ciebie, żeby ci o wszystkim powiedzieć, tak jestem już gotowa, nie przyjeżdżaj, sama przyjadę, właściwie to już jadę. w połowie drogi przypominam sobie, że ważność przeglądu wygasła w połowie kwietnia i że wciąż jeżdżę na zimówkach. ale zaraz, mylę, zaraz przecież przyjdzie zima, więc zimówki już zostaną, a przegląd? a przegląd nie ma znaczenia, kiedy znaczenie ma wrodzony urok osobisty. ale ciii.

ten sierpień nie miał 1 nocy. alkohol parował wbrew zasadom powszechnego ciążenia, a ty ciągle zmieniałeś wyraz twarzy. a ja już nie mam marzeń.
ten sierpień nie ma marzeń. pełny jest za to ripost, wywodów, unikania kwiatu lipy, odgadywania imion. i innych zabaw.

"najlepszą zabawą bez rozbierania dla kobiety jest kłamstwo. ale lepiej się rozebrać"

ten sierpień jest kobietą.

piątek, 30 lipca 2010

4 miesiące

Było nas trzech. Ja, Ten Pierwszy i Ten Drugi.
Zapytasz pewnie, czy Ten Pierwszy wiedział o Tym Drugim. Nawet jeśli nie, to dowiadywał się prędzej czy później. Zresztą, nie jest to istotne dla przebiegu opowieści. Jego interesowało to tak samo, jak bursztynowa wieża. I nie obchodziło go wcale, że wychowałam się na bajkach o księżniczkach.

Biorę do ręki ostry nóż i kroję czas na 3 nierówne części. Ostatnie cztery miesiące nie zasługują na równość i o tę równość wcale się nie dopominają, więc tak ma być, 3 nierówne części.

Stawiam na stole sokowirówkę i bardzo powoli wrzucam kolejne kawałki. Z lejka miarowo zaraz zacznie wyciekać gęsta maź, pamiętasz, taka, że nawet błoto to myśl marzenie.


1. Maź w kolorze czerwonobrunatnym, ziarnista, lepka, 15,6 st. C, 22 ml.

Ten Pierwszy był taki sam od kiedy pamiętam. Podstawowy i fundamentalny element materii świata. Najmniejszy atom i największy przegrany. Niszowy myśliciel i najpopularniejszy konformista. Najlepszy kochanek i najgorszy kłamca.

2. Maź w kolorze brunatnosiwym, klarowna, śliska, 18 st. C, 36 ml.

Ten Drugi wciąż zmieniał uczesanie i kolor włosów, nałogi, muzykę, godzinę wstawania, sposób w jaki całował, styl ubierania i markę papierosów. Z niecodzienną lekkością zmieniał równie często imiona i twarze, wiek, wzrost i kształt kciuka. Jedyne, co było przy nim pewne i niezmienne, to te wspólne śniadania, gdzie podwójna mokka i gęste kłęby dymu.

3. Maź w kolorze siwoszarym, rozdrobniona, płynna, 17,4 st. C, 28 ml.


Od kiedy zniknął i Ten Pierwszy i Ten Drugi, poczułam się jak ktoś odgrywający najbardziej skomplikowane akrobacje, a wymieniony jedynie w napisach końcowych. Jak ktoś, kogo imienia i tak nie zapamiętasz. Jak kaskader w filmie, którego nigdy nie widziałeś.


Zakończam eksperyment.
Spostrzeżenia notuję w żółtym notatniku w czarnoszarą kratkę. Wstaję od stołu, kroję kromkę chleba i smaruję ją odrobiną mazi. Smakuje. Wychodzę do pokoju. Szukam w szafie czarnej sukienki (zauważyłeś, że ostatnio ubieram się tylko na czarno?). Wkładam na siebie nocną maskę, zabieram kopertówkę i zamykam drzwi na klucz. A może nawet o tym zapominam. Chcę jak najszybciej wyjść na chłodną ulicę.

I choćbym chciała, nie mam pojęcia o tym, że wyciśnięta z sokowirówki maź zaczyna się gotować i wrzeć.

poniedziałek, 12 lipca 2010

aż do śmierci

Ty wysiadłeś pierwszy, podałeś mi rękę i mogłam zejść poważnie i dumnie po drewnianych schodkach mojej wyśnionej dorożki. Stangret uśmiechnął się cicho. Do kościoła, widziałam, wchodzili ostatni spóźnieni goście.
Miałeś na sobie brązowy garnitur, tak jak sobie to już dawno temu wymyśliłam i stary zegarek po pradziadku w prawej kieszeni. Z moją sukienką miałam większy problem. Jakiś miesiąc wcześniej, zaraz po wyjściu z salonu, pobiegłam kupić Ace i wybielałam ją przez 4 dni i 3 noce.
I tak wiedziałeś i ja wiedziałam i nie musiałam dodatkowo polewać jej wodą utlenioną ani roztworem benzydryny, żeby widzieć na niej krew moich poprzedniczek. Tych czarnych cieni bez imion i twarzy, tych cieni, o których ty nie chciałeś mówić, a ja nie chciałam słuchać ani słyszeć.

Włożyłam rękę do twojej kieszeni. Przed przekroczeniem progu kościoła kazałam Ci się zatrzymać.

Wybierając mnie, wybierasz piekło do końca życia. Każdego dnia, w każdej chwili – piekło. Kiedy rano się obudzisz będzie piekło i kiedy uda ci się wieczorem wrócić – też będzie piekło. Dlatego nie będziesz wracał często, boisz się ognia, boisz się gorąca, boisz się popatrzeć mi teraz w oczy. I wiesz, gdybyś w porę zgasił ten tlący się żar upokorzenia, gdybyś wtedy nie uciekł, gdybyś przyszedł z kanistrem czystej wody, nie byłoby ani teraz, ani nigdy później tego ognia i tego gorąca.

Widziałam w Twoich oczach pusty strach i przerażenie i wiedziałam, że nie masz w sobie tyle siły, żeby teraz się wycofać, jeśli nie zrobiłeś tego wcześniej. Teraz dla Ciebie było już na wszystko za późno: ci ludzie w tych ławkach i te pieniądze w kopertach, no i te butelki z wytrawnym białym winem zamiast kwiatów. To wszystko to było dla ciebie za dużo. Widziałam to w Twoim niepewnym kroku, w zbłąkanych oczach, w słowach przysięgi i w najbardziej gorzkim pocałunku na świecie.

Ci ludzie w ławkach płakali, szepcząc, że jeszcze nigdy wcześniej nie widzieli tak pięknej pary.

I ty też płakałeś.

Pierwszy raz w życiu widziałam, jak płaczesz. Nie że pociły Ci się oczy. Gorzko płakałeś gorzkimi łzami.

Więc ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską. I że ci nie odpuszczę, aż do śmierci.

sobota, 5 czerwca 2010

rozkosze nocne

Nie do końca jestem pewna, jak znalazłam się w tym pociągu. Jestem prawie przekonana, że ktoś się uparł, żeby mnie odprowadzić. Niezupełnie pamiętam drogę przez planty, ale wydaje mi się, że jednak biegłam tamtędy sama. A jeśli ktoś mnie odprowadzał, to musiał biec parę metrów za mną, a potem pocałować na pożegnanie. Albo podać rękę? Może też ulotnił się szybciej, niż zdążyłam powiedzieć cała przyjemność po twojej stronie. Noc była niby rześka, to wiem na pewno, bo po takiej ulewie, jaka przeszła wcześniej przez miasto, to musiała być rześka. Albo parna. Ludzi niewiele, jak na czwartkowe, późnonocne balangi. I na niebie najmniej pociągające gwiazdy na świecie.

wysocy i przystojni szatyni z pomysłem na świat są do dupy. ci z kitą najwyraźniej też. coś jest nie tak z tymi przedsiębiorczymi i kreatywnymi z superszybkimi autami i własnym mieszkaniem. nie sprawdzają się również wszelkiego rodzaju artyści i chłopcy z wysublimowanym gustem co do muzyki i filmu

Nie do końca jestem pewna, jak znalazłam się w tym pociągu. To musiała być decyzja chwili, podjęta pod wpływem jakiegoś silnego impulsu, do którego sama przed sobą nie chciałam się przyznać. Gdzieś tam był wcześniej ten barman, który zawsze z uśmiechem komentuje, kiedy mam na sobie coś innego niż piżamę, ale tego wieczoru nie powiedział nic. No i ten chłopiec, który czyta mi swoje kiepskie wiersze, a ja mu zawsze mówię, że są naprawdę kiepskie i żeby przestał już pisać, a on wciąż pisze ciało – dało, gramofon – domofon i że – że. A potem tylko płacz i zgrzytanie zębów. I turkot kół.

ci których poznajesz na imprezie nie dają rady dłużej niż do świąt bożego narodzenia albo końca świata. za to ci, których znasz od paru dobrych lat ciągle uciekają od rozmów albo nagle okazują się być żonaci. ci, których znasz niemal od urodzenia wyjeżdżają za granicę. a ci, z którymi łączy cię jakaś pasja, mają do siebie to, że uparcie do czegoś dążą, a potem stwierdzają, że to nie ma sensu. cała reszta jest do bólu przyziemna, pozbawiona dobrego smaku i zmysłu orientacji w terenie. nie ma prawa jazdy albo tęskni za swoimi byłymi i nie jest w stanie się do tego przyznać

Nie do końca jestem pewna, jak znalazłam się w tym pociągu. Tak namacalnie zdałam sobie z tego sprawę, kiedy obudził mnie konduktor, a ja na jego grzeczne pytanie o bilet spytałam sennie, gdzie tu można zapalić. Pani tu sobie zapali – powiedział jeszcze grzeczniej. No i bilet się jakoś znalazł.

sobota, 29 maja 2010

w tym szaleństwie jest metoda

Pewnie mieli na siebie trafić. Nie wiem, czy poznali się w jakimś dobrym klubie, czy wpadli na siebie na ulicy, może uciekli przed deszczem do tej starej kamienicy? Pewnie gdyby nie jej niewinność, a jego delikatność w sprawach damsko – męskich, ich drogi nie rozeszłyby się tak szybko. Chociaż obydwoje wiedzieli, że z nikim innym nie będzie im tak dobrze, jak ze sobą, to nie potrafili tego powiedzieć na głos. Widywali się czasami, szczególnie intensywnie w przerwach między kolejnymi nieudanymi związkami, chociaż nie tylko w przerwach. Szklista pajęczyna łączyła ich poglądy, interpretację rzeczywistości i myśli w kolorze sepii.

On – chłopak z prowincji, nazbyt śmiały i odważny, bezpruderyjny w swoim obyciu, ambitny, młody i zdolny. Wielu widziało w nim przyszłą gwiazdę, nie do końca wiadomo czego, ale styl bycia i charakter miał celebryty – to było pewne. Grał na gitarze smętne piosenki, pisał całkiem niezłej jakości artykuły do gazet, niedługo po przeprowadzce do Krakowa zaczął prowadzić swoją audycję w którymś radiu i zaczynał karierę modela, choć niewiele osób o tym wiedziało. Nie lubił się chwalić. Właściwie to nigdy sam z siebie się nie chwalił.

Ona raczej nie miała natury szołmenki. Uciekła od rodziców, wyrzutów sumienia i wiecznie kapiącego kranu. W obyciu raczej przystępna, chociaż było w niej coś dalekiego i nieuchwytnego, jakaś dziwna duma połączona z paraliżującym strachem przed światem. Ludzie wiedzieli, że będzie sławna i bogata, wykładowcy wróżyli jej Pulitzera i Paszport Polityki. Zawsze wyglądała zjawiskowo, z tymi swoimi lokami, szpilkami i zadbanymi paznokciami, wysoka, wyprostowana. Zawsze przekorna.

Czasem spotykali się przypadkiem na mieście, wsiadali razem w jakiś tramwaj, a potem wracali z końca miasta na piechotę. Kupowali whisky, przelewali do butelki po Tigerze i szli nad Wisłę. Potem mogli nie widzieć się przez pół roku, ale kiedy znowu przypadkiem spotykali się na mieście, mieli wrażenie, że nic się nie zmieniało.

Ale zmieniało się wszystko. Po jakimś czasie obydwoje rozstali się ze złudzeniami co do siebie. Jedynym, co zostało w niej w stosunku do niego, to przekonanie, że jest kompletnym idiotą. I jakiś cholerny sentyment. On widział w niej przezroczysty ideał, za bardzo krystaliczny, żeby go móc chociaż dotknąć.



Ona mówi, że musiała dojrzeć do tej relacji. On – że chciał się jeszcze trochę wyszaleć. Mieszkają teraz razem w jakiejś brudnej kamienicy, chociaż dzielą ich związki nieudane, przegrana młodość i wspólne marzenia, których nie mieli. Piją tanie piwo wieczorami i przerabiają po kolei całą Kamasutrę, opowiadając sobie wspomnienia sprzed kilku lat i śmiejąc się z naiwnych oczekiwań wobec życia, których już się pozbyli. I żadnemu z nich nie przejdzie przez gardło to, że żałują, że nie doszli razem do tego jacy są, kim są i co mają. Może dlatego, że nie mają nic.

poniedziałek, 24 maja 2010

rozkosze dzienne

proszę o ciszę. akcja.
halogenowe światła rażą mnie po oczach. biel tła, biel mojej sukienki i przerażająca biel cery wypełniają studio jakimś dziwnym zapachem. patrzę prosto w oko kamery. o tak, dzisiaj stać mnie na spokój.

dosyć mglisto rozumiem, dlaczego zdecydował się przyjść na to spotkanie. to nigdy nie mogło być łatwiejsze, ani mniej nieprzyjemne. nie chciałam mówić za dużo. nie chodziło mi o to, żeby postanawiać cokolwiek, żeby mówić sobie, że mamy się już nie znać, skoro i tak się już nie znamy. chodziło o to, że następnym razem, kiedy usłyszę, że jest na dnie, potrzebuje pomocy albo chce się przyjść przespać, to wtedy, właśnie wtedy, z całkowicie spokojnym sumieniem, będę mogła odpowiedzieć "odpierdol się".

umówiłam się ostatnio na piwo z R. R. jest po ciężkim rozstaniu i zdaje sobie sprawę z tego, że łączyło ich już jedynie chore przyzwyczajenie. przyzwyczajenia mają to do siebie, że często są chore. tylko niezbyt często zdajemy sobie z tego sprawę.
jedyną moją rozkoszą jest to, że zniszczę mu życie. zniszczę mu życie

a ja wiem, że się z R. od siebie różnimy. ja nie chcę nikomu nic niszczyć. nie ma już we mnie tej złości, co miesiąc temu, ani tego przygnębienia, ani tej rozpaczy. jest spokój. dziwny spokój, który pozwolił mi patrzeć mu w oczy i życzyć wszystkiego dobrego. to takie abstrakcyjne, siedzieć naprzeciw i czuć jedynie pustkę i dystans. i ten dysonans między naszymi ambicjami.

robimy dublet. nie odrywaj wzroku od kamery. proszę o ciszę. akcja.

zaczynam się trochę denerwować. nagranie się przedłuża, a ja za godzinę muszę być już bez tej białej sukienki i bez tego alabastrowego makijażu. wsunąć nowe szpilki i biec dalej.
dobrze, że w życiu nigdy nie ma dubletów.

najgorsze jest jednak to
twoje rozczarowanie


tak, zapomniałam mu powiedzieć o paru rzeczach.
ale nie zapomniałam o najważniejszym.

poniedziałek, 10 maja 2010

one - way ticket

- co robisz, kiedy nie możesz zasnąć?
- wstaję.

przecieram zdumione zdziwieniem oczy i biorę letni prysznic. czuję, jakbym wstawała na nocny pociąg. powolna, lekko poddenerwowana rzeczywistość. nie zdążę, nie zdążę, z niczym nie zdążę. w kieszeni spodni wystaje niezauważalnie bilet w jedną stronę w kierunku donikąd. i tak każdej nocy. zresztą, są one za bardzo do siebie podobne. każda z nich spędzana w kuchni przy komputerze i stosie książek. bardziej przy komputerze.

mówiłeś kiedyś, że życie bez kalendarza też potrafi być przyjemne. wyrzuciłam więc kalendarz do skrzynki na listy i czekam na przypadkowego adresata. tymczasem trenuję pamięć. a pamięć zawodzi, bardziej niż kiedykolwiek indziej. z tego, co się dzieje w ciągu dnia niewiele pamiętam. jakiś pusty strach i jeszcze bardziej puste emocje. taka deliryczna papka. jacyś ludzie, jakieś słowa, wszystko takie jakieś... jakieś takie. ludzie mają dziwne wyrazy twarzy i okropnie puste spojrzenia, rozmawiają o tym, co nie takie ważne i plują na szczęście przez lewe ramię. ostatnio taki jeden nawet się popluł w to ramię i udając, że nic się nie stało i odszedł sama nie wiem gdzie. poza horyzont wszelkich zmysłów.

ona już wie, już zna tę historię

podobne do siebie noce i zupełnie niepodobne do siebie dni układają się w jakiś mało logiczny sens gdzie ani przyczyny ani skutki nie mają szczególnego znaczenia nowo poznani ludzie niczym nie różnią się od tych staro poznanych też n i e n a w i d z ą z d r a d z a j ą k ł a m i ą k o c h a j ą

ona już ma, już ma taką pewność,
o którą wszystkim wam chodzi
zasypia bez żadnych proszków

i ja już niedługo znajdę swoją pewność. zacznę spać i przestanę pisać. poukładam sobie sny na półkach i skoszę trawnik przed kamienicą. otworzę z rozkoszą drzwi listonoszowi i ujrzę zaginiony kalendarz. wiem, że kiedyś musi się skończyć ten nieprzerwanie wydłużony dzień.
więc mówię sobie: byle do wieczora.
apokaliptyczne wizje nie znoszą sprzeciwów.
więc mówię sobie: byle do nocy.
chociaż wiem, że dzisiaj znowu nie będę mogła zmrużyć oka.

poniedziałek, 3 maja 2010

tej nocy...

...nie mogłam spać. myśli wysokoprocentowe przeskakiwały kolumnami w zwartych konstrukcjach scenariusza. ale to nie był mój scenariusz. to znów nie był mój scenariusz.

powiedz, o czym myślisz?

nie potrafiłam. nie znamy się na tyle, żeby powiedzieć o wszystkim. nie znamy się na tyle, żeby rozumieć się bez słów. więc w kompletnym niezrozumieniu nie mówię prawie nic.
i zastanawiam się kiedy i czy w ogóle kiedykolwiek zacznę mówić.

ostatnio uszło ze mnie zbyt wiele mądrych słów. bez echa. powtarzalność życiowych schematów przeraża. ale na szczęście nic nie ma tych samych odcieni szarości, jakie miało ledwie parę dni temu.

może znajdę sobie inny kolor?

świta. nowy dzień o dziwo nie przynosi rozczarowania. błoga cisza w kuchni i po 2 papierosy na śniadanie. uśmiechnął się na wysoce prawdopodobne do widzenia i poszedł w swój świat.

a w moim świecie zrobiło się nagle cicho i pusto.
i oto ujrzałam puste sny pozostawione samopas na łóżku, siedem złotych świeczników, trąby anielskie i sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych myśli.
siedzę na stole w totalnym bezruchu, wbijając wzrok w różowe paznokcie.
wiem, że innego końca świata nie będzie.

i usłyszałam donośny głos mówiący: "idź, dokonaj paru istotnych korekt w swoim scenariuszu".


- czyli teraz to wszystko już inaczej jest?
- teraz, jak nigdy wcześniej, wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno.